Rafting na Zambezi - Globtrotuar

Przejdź do treści

Menu główne:

Rafting na Zambezi

PODRÓŻE > AFRYKA > ZIMBABWE
Pojęcie „white water rafting" używane jest w odniesieniu do spływów pontonem nieuregulowanymi, rzekami poprzecinanym licznymi skalnymi uskokami o wyjątkowo bystrym nurcie. Warunki sprzyjające tej ekstremalnej „rozrywce" są na tyle unikalne, że aby z niej skorzystać trzeba się udać, aż na kraniec Afryki, ku kanionowi rzeki Zambezi spływającej z potężnych wodospadów Yictoria Falls (alternatywą może być wyprawa do Nepalu nad rzekę Sun Kosi, do Turcji, nad rzekę Cotuh, nad Rio Upano w Ekwadorze, nad Futaleufu w Chile oraz Johnstone w Australii).

Atrakcje Victoria Falls
Co roku do Victoria Falls ściągają dziesiątki tysięcy turystów spragnionych widoku majestatycznych wodospadów, którym nadano imię królowej Wiktorii.

Wodospady są co prawda główna atrakcją miasteczka, ale nie są atrakcją jedyną. Dla osób poszukujących naprawdę mocnych wrażeń są tu dwie inne możliwości. Po pierwsze można skoczyć z mostu granicznego nad Zambezi na bungee (i tu zabrakło mi odwagi). Po drugie, można skorzystać ze spływu pontonami po Zambezi (i tu zabrakło mi rozsądku ... i popłynąłem).
Most graniczny nad Zambezi skąd można skoczyć na bungee
Jeśli i Wy będziecie rozważać taką opcję to swoje kroki musicie skierować to jednego z licznych biur, znajdujących się na głównie ulicy miasta, gdzie swoje siedziby mają agenci reprezentujący organizatorów „white water rafting" (agentów jest wielu, ale licencjonowanych organizatorów tylko kilku).

Do wyboru, do koloru ...
Większość turystów odwiedza Victoria Falls w porze suchej, która jest również okresem niskiej wody na Zambezi. Taki jej poziom powoduje, że trasa spływu kończy się na 18 progu (w opcji spływu pół-dniowego płynie się od progu 1 do 10 (5 godz.), spływ całodzienny obejmuje progi 1-18). Przy wodzie wysokiej (czerwiec/lipiec-luty/marzec) trasa spływu obejmuje progi 11-23. W okresie marzec-czerwiec ze względu na zbyt wysoki poziom wody spływy są zawieszone - trzeba jednak pamiętać, że pora deszczowa nie zawsze „trzyma się" kalendarza.

Spływ odbywa się w pontonach z dwuosobową, profesjonalną załogą (sternik + pomocnik) do której dołącza sześciu amatorów (klientów). W zależności od decyzji klientów wszyscy oni mogą płynąć jako „balast", trzymając się liny okalającej ponton, lub też jako wioślarze (z pagajami w dłoniach).

Obie opcje maja wady i zalety - „balast" mniej się angażuje w akcję jednak więcej widzi. W tej opcji jest jednak tylko jeden  wioślarza które ma mniejsze możliwości „aktynwego” manewrowania. W opcji z  „wioślarzami" załoganci są zaangażowani na 110%, ale ich koordynacja po krótkim szkoleniu bywa problematyczna.

Bezpieczeństwo
Pokonywanie progów wiąże się ze sporym ryzykiem wywrotki, które mogą prowadzić do sytuacji potencjalnie niebezpiecznych (nawet dla osób w kamizelce i kasku). Nie da się wykluczyć jakiegoś podtopienia w wirze czy uderzenia o skałę. Co roku jest na Zambezi kilka osób, które odnoszą mniej lub bardzie poważne obrażenie (nie ma jednak wypadków śmiertelnych). Trzeba pamiętać, że po takim wypadku trudno liczyć na pomoc lokalnej służby zdrowia w standardzie zbliżonym do europejskiego — najbliższy „klasyczny szpital" jest naprawdę daleko (w Harare lub RPA).

Do spływu dopuszcza się również osoby nie umiejące pływać przy czym muszą one o tym fakcie powiadomić organizator w trakcie tzw. brefingu (odprawy przed wypłynięciem).

Każdy uczestnik spływu podpisuje dokumenty (po angielsku), iż dołącza do wyprawy świadom ryzyka oraz tego, że efektywnie zrzeka się ewentualnych roszeń odszkodowawczych wobec organizatora.

Jak się powiedziało (A)...
Każdy z agentów ma u siebie telewizory na których prezentuje się nagrania ze spływu. Teoretycznie wiec wiadomo na co się klienta decyduje - w praktyce taki film nie oddaje nawet ułamka emocji jakie odczuwa się w czasie spływu.

Każdy spływ rozpoczyna się od ok. 40 minutowego brefingu (sprawy formalne - umowy / oświadczenia / podział na podgrupy / wydawanie sprzętu (kaski i kamizelki wypornościowe) w jednym z hoteli lub też w kawiarni (np. Lookout Cafe). Na spływ radzę ubrać się w t-shirta, szorty i jakieś sandały trekkingowe; do kieszeni można wsadzić krem z filtrem UV. Niczego innego radzę nie brać no chyba, że ktoś ma mały aparat wodoodporny, który jest gotów zaryzykować (nie zamoknie, ale przy wywrotce może utonąć - filmy i zdjęcia i tak robią z brzegu oraz kamerek sportowych organizatorzy - są potem do kupienia).


I się zaczęło …
Pierwsze przeszkodą do pokonania wcale nie są zabójcze progi tylko ponad stumetrowej wysokości, ściana kanionu. Zejście odbywa się po niemal pionowej skale przy asekuracji rozwieszonych lin. Na dole, w okolicy mostu nad Zambezi, czeka kilka jaskrawych pontonów oraz kilka jednoosobowych, górskich kajaków, którymi płyną ratownicy i kamerzyści.

Przed wypłynięciem na rzekę odbywa się ok. 30 minutowe szkolenie w trakcie którego odbywa się przyspieszony kurs posługiwania się pagajami (wiosłowanie do przodu / do tyłu), utrwalania reakcji na komendy sternika (wiosłuj, padnij, trzymaj się liny). Przewodnik instruuje też co do sposobu w jaki należy zachować się po wypadnięciu z pontonu — zachęca też do dokonania takiej próby przed wypłynięciem na główny nurt. To nic, że się zmoczymy - za chwile i tak będziemy mokrzy. Kamizelka wypornościowa pomaga wspiąć się na burtę pontonu, ale lekko nie jest. Najbardziej niepokoi instrukcja o tym jak się zachować jeśli wywrócony ponton zakryje pechowego załoganta. Jako, że instruktarz jest tylko po angielsku jeśli ktoś w tym języku nie mówi inny załogant musi mu wszystko tłumaczyć - co jest problematyczne (osoby nie-anglojęzyczne powinny raczej spływać jako „balast").

Sam ponton też zaskakuje swoją konstrukcją – „burty” ma bardzo solidne, grube i twarde, za to „podłoga" ledwo się trzyma tych burt. Zamiast trwałego, ciągłego połączenia, widać co kilkadziesiąt centymetrów dziury przez które przelewa się swobodnie woda. O co chodzi? Gdy wypłynęliśmy na główny nurt błyskawicznie zrozumiałem, że celem tej konstrukcji jest odprowadzanie hektolitrów wody, które zalewających ponton w trakcie pokonywania rapidów - bez odpływów woda zatopiłaby ponton w ciągu 5 minut.
Szkolenie przed ruszeniem na główny nurt
Orzesz k...
Koniec szkolenia - wypływamy na rzekę od razu na próg („Boiling Pot") o stopniu trudności 4/5 w 6 stopniowej skali trudności. Przewodnik informuje nas którędy przepłyniemy i jakie komendy będzie wydawał. Ruszamy. Siedzę na samym przedzie pontonu więc trafiam prosto na ogromną falę, która niemal zmiata mnie z pontonu. Tracę dech. Ponton kręci się wśród wirów, fal i skał. Tylko idiota mógł się zdecydować na ten rejs ...  strach się bać.

Kolejny próg („The Bridge”) to tylko „trójka”, która już nie robi tak zabójczego wrażenia. Dwa następne progi to podobna skala trudności, jednak jeden z poprzedzających nas pontonów wywraca się. Pechowcom na pomoc ruszaj kajakarze-ratownicy, dwóch łowi topielców, trzeci goni ponton. Ludzi trzeba wyłowić przed kolejnym progiem bo jeśli wejdą w niego w pław będą to grozi im uderzenie o skały.

Wywrotka współtowarzyszy oraz zbliżający się próg nr 5 („Stairway To Heaven", skala trudności 5) znowu pozbawia mnie złudzeń. Jak nic utopimy się w tej kipieli. Ponton zalewa tona wody, kręcimy się .. po czym stajem dęba. Spadamy ... ale w końcu łapiemy równowagę. Cud ? Gdzie tam - zasługa naszego sternika.

Płyniemy dalej - mijamy bez większego problemu rapidy nazywane „The Devils Toilet Bowl", „Gullivers Travels" i „Midnight Diner". Kolejny zwany „Commercial Suicide" trzeba obejść lądem bo jest zbyt niebezpieczny. Wyciągamy ponton na skały i niesiemy, a raczej ciągniemy go na dystansie kilkunastu metrów. Ależ to cholerstwo jest ciężkie ...

Ponownie ruszamy na rzekę pokonując kolejne progi - i pomimo, że każdy powinien zakończyć się wywrotką - my jakimś cudem utrzymujemy się nad wodą. Po kolejnym rapidzie przestaję zwracać uwagę nawet na wygrzewające się na przybrzeżnych skałach krokodyle.
Po kilku godzinach tej emocjonalne huśtawki przybijamy w końcu do brzegu. Zanim zaczniemy wspinaczkę na klif przewodnik proponuje pożegnalny skok do rzeki. Niech go diabli - mam dość wody na kolejny miesiąc. Ruszam stosunkowo łagodnym podejściem na górę klifu i okazuje się, że nie ma siły na niego wejść. Nagle zeszła ze mnie cała adrenalina - człapię noga za nogą, wyprzedzany przez większość uczestników spływu. Na szczycie czeka jednak nagroda - lunch, zimne napoje i piwo.

Zainteresowani mogą zamówić (zakupić) relację filmową z naszej wyprany oraz zdjęcia. Może nie jest to tania pamiątka, ale za to pamiątka wyjątkowa. Nie odmówię też sobie zakupu T-shirta z trasą wyznaczona przez rapidy które pokonałem. A morał... nigdy więcej (chyba;-)

Jacek Zabielski 2020-03
 
Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem (*)

Brak komentarzy
(C) Jacek Zabielski kontakt@globtrotuar.pl
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego