MACAO - Globtrotuar

Przejdź do treści

Menu główne:

MACAO

PODRÓŻE > AZJA
Makao i … po makale czyli chińskie Las Vegas

Jeśli ktoś planuje wyprawę do Azji Południowo-Wschodniej to całkiem prawdopodobne, że na jego trasie znajdzie się Hong Kong, który jest jednym z głównych portów lotniczych w tym regionie. Namawiam, aby zatrzymać się w Hong Kongu na dwa, trzy dni by z bliska zobaczyć to ciekawe miasto. Jeśli już ktoś zdecyduje się na taką opcję to warto również rozważyć poświęcenie jednego dnia na całodzienną wycieczkę do Macau.  
 
To „miasto państwo”, będące do 1999 r. portugalską kolonią, obecnie ma status specjalnego regionu administracyjnego Chińskiej Republiki Ludowej, dzięki czemu mogło ono stać się centrum hazardu dla Azji Południowo-Wschodniej

Z Hong Kongu do Macau najłatwiej dotrzeć statkiem, a dokładnie katamaranem, który odpływa z China Ferry Terminal lub z Hong Kong Island (stacja metra Sheung Wan). Można wykupić bilet (radzę od razu w obie strony by nie stać w kolejce za biletem powrotnym). Alternatywą jest opcja „all inclusive” czyli jednodniowa wycieczkę z przewodnikiem i katamaranem w pakiecie. Do portu podwozi w takim wypadku busik z agencji, który zbiera rano grupę z kilku hoteli. Niestety kompletowanie15 osobowej grupy, z pięciu różnych hoteli, może trwać nawet i półtorej godziny bo Hong Kong rano jest koszmarnie zakorkowany. Wybór należy do Was – ja rekomenduję wyjazd bez biura.

Poniżej link do strony operatora katamaranów (cennik & plan rejsów) z której korzystałem
https://www.turbojet.com.hk/en/routing-sailing-schedule/hong-kong-macau/sailing-schedule-fares.aspx
 
Katamaran płynie do Macau około godziny przy czym o ile morze jest spokoje to jest to bardzo komfortowy rejs. Kabina pasażerska jest wielka i przypomina nieco tą w samolocie; pełna klimatyzacja i jak na mój gust wyjątkowo niska temperatura (mnie polar się przydał). Jeśli pojawia się fala, to prom zamiast ślizgać się po wodzie, skacze po falach niczym kangur. Każdy pasażer siedzi jednak na fotelu przypominający fotel lotniczy więc z niego nie wypadnie, ale dla osób o wrażliwym żołądku choroba morska murowana.

Po dopłynięciu do Macau odbywa się uproszona odprawa paszportowa, która dla turystów z poza Chin jest w zasadzie formalnością. Jej głównym celem zdaje się być sprawdzenie czy obywatel ChRL nie bywa w tej jaskini hazardu zbyt często i czy tym samym nie łamie prawa.  

Macau to odpowiednik amerykańskiej Nevady, w którym działa ponad trzydzieści kasyn, których operatorami są min. te same międzynarodowe spółki, które zarządzają kasynami w USA. Porównanie z Las Vegas jest jak najbardziej zasadne również dlatego, że to właśnie tutaj pieczołowicie odtworzono zostało znane z Las Vegas kasyno „The Venetian” (Wenecjanin). Wizyta w tym kasynie jest bezpłatna, no chyba, że zaczniecie w nim grać. W takim wypadku dodatkowe koszty są NIE do uniknięcia.

Kasyno zapewnia  bezpłatny transport z/na lotnisko oraz z/do terminalu promowego; szukajcie niebieskich autobusów z napisem „The Venetian”.

„Wenecjanin” to ogromny kompleks mieszczący w jednym budynku kasyno, hotel i centrum handlowe, które zbudowano tak aby imitowało uliczki i place Wenecji (w tym największy plac Św. Marka z kawiarenkami i restauracjami), z kanałami, mostkami (jest również kopia Ponte di Rialto). Wszystko to pod dachem, którego sufit został pomalowany / zbudowany tak, aby imitował niebo z chmurami. Gondolierki i gondolierzy pływają po kanałach i wyśpiewują arie operowe, podczas gdy dookoła kłębią się turyści, zarówno ci z cieńszym jak i ci z bardzo grubym portfelem (Arabowie, Chińczycy). Wzdłuż uliczek i kanałów znajdują się sklepy wszelkich znanych i nie znanym marek, sprzedając zarówno dobra luksusowe jak i towary bardziej przystępne dla przeciętnego turysty.

W centrum handlowym panuje tłok i nieco kiczowata atmosfera, ale skłamałbym gdym napisał, że „Wenecjanin” nie zrobiła na mnie wrażenia. W końcu nie wszystko co robi wrażenie musi się podobać; warto zobaczyć by się przekonać.

Jeśli ktoś nie zdecyduje się na zakupy to alternatywą może być …. Kasyno. Jest ruletka, są automaty i stoły do gry w karty (zróżnicowane pod względem stawek, można zacząć od stosunkowo niskich kwot, ale raczej nie niższych niż 100 zł).  Sale do gry są naprawdę ogromne i chyba zawsze pełne. Zdjęć jednak robić w nich nie wolno wiec musicie uwierzyć mi na słowo. Udało mi się zrobić jedno – i to prezentuję w wersji nieco „artystycznie ucharakteryzowanej”.

Jeśli nie pociąga Was hazard to możecie pochodzić, popatrzeć, pokibicować. Można też popytać o zasady, bo niektóre z gier karcianych widziałem po raz pierwszy w życiu.

Obejście całego kompleksu może zająć nawet kilka godzin w czasie których, pewnie zgłodniejecie. Nie ma problemu. Na jednym z pięter jest ogromna sala konsumpcyjna (patio ze stolikami tzw. food court) otoczone kilkudziesięcioma barami, fast foodami i restauracjami z potrawami z całego świta. Każdy znajdzie tu coś dla siebie –są sieci z kuchnią chińską, indyjską, azjatycką i arabską. Mimo, że na sali są  setki stolików i tysiące (tak to przynajmniej wyglądało) gości wszystko odbywa się bardzo sprawie wg.  modelu jaki znacie z McDonalda. Krótka kolejka, wskazanie potrawu z obrazka, płatność kartą i już. Nawet w porze obiadowej nie potraw to dłużej niż 10-15 minut. Co innego jeśli wybierzecie jedną z restauracji z prawdziwego zdarzenie – raz że trzeba będzie poczekać; dwa, że rachunek na pewno będzie znacznie wyższy od tego z sali konsumpcyjnej.  

„Wenecjanin” jest chyba najpopularniejszym wśród turystów kasynem jednak jeśli ktoś zakosztuje w rozrywkach tego typu to polecam również odwiedzanie Sands czy górującego nad miastem, zbudowanego w kształcie kwiatu, Hotel Grand Lisboa. Taka opcja może jednak wymagać przedłużenia pobytu w Macau, co znacznie podwyższa koszty. Baza noclegowa jest w Macau nie tylko skromniejsza niż w Hong Kongu, ale i sporo droższa. Co nie dziwi gdy się wie, że to jeden z najbogatszych regionów na świecie oraz, że 50% dochodu generuje tu hazard. Ze statystycznych ciekawostek, Macau to również jeden z najgęściej zaludnionych obszarów na świecie – ok. 18 tys. osób na kilometr kwadratowy!

Pomysł na nowe życie
Macau stało się stolicą azjatyckiego hazardu nie tyle z żądzy zysku, co raczej z braku … alternatywy. Założone w XVI w. przez Portugalczyków miasto było pierwszą i najdłużej istniejącą europejską kolonią na terenie Chin, które przez stulecia pośredniczyło w wymianie handlowej z Europą.

Od lat 80-tych XX w. rola Macau systematycznie jednak malała, zarówno na skutek  braku wsparcia politycznego i finansowego ze strony Portugalii, jak i stopniowego otwieranie się Chin na świat, skutkiem czego szybko spadała rola historycznych pośredników handlowych (Macau, Hongkong). Ich miejsce zaczęły zajmować chińskie porty (np. Guangzhou, Szanghaj).

W tej sytuacji Lisbona postanowiła pozbyć się swoje kolonii, która generowała więcej kosztów niż przychodów, będąc na dodatek powodem sporów politycznych z Chinami. Przekazanie Chinom kontroli nad Macau wydawało się Portugalczykom rozsądnym rozwiązaniem, chociaż spora cześć mieszkańców „państwa-miasta” nie podzielała zapewne tego poglądu. Obawiano się, że po inkorporacji do Chin, Macau przestanie być dla kogokolwiek istotne.

W tej sytuacji można było albo czekać na to co nieunikniona, czyli na ekonomiczną katastrofę (taki los spotkał np. Wyspy Zielonego Przylądka, którym Portugalia przyznała niepodległość), albo też poszukać swojej „niszy rynkowej”.

Władze Macau uznały, że taką niszą rynkową może być …. Hazard. Plan doprowadzenia miasta do ekonomicznego rozkwitu, zakładał wykorzystanie jego specyficznego status prawnego. Makau, jako półzamknięte terytorium autonomiczne, wystąpiło o prawo do budowy kasyn na zasadzie „kontrolowanego eksperymentu” i jako jedyne w Chinach prawo takie uzyskało. To o tyle istotne, że Chińczycy to zapalenie hazardziści (to stwierdzanie prawdziwe również dla Japończyków, jak i kilku innych azjatyckich nacji). Od tej chwili pieniądze zaczęły płynąć do kasy miasta szerokim strumieniem.  

Kasyna są obecnie jednym z głównych pracodawców w Macau; pracuje w nich kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców miasta (chińscy imigranci, których w Macau jest bardzo wielu takiej pracy wykonywać nie mogą).

Absolutną większość klientów kasyn stanowią zamożni Chińczycy, którzy podobno zostawią w Macau co miesiąc miliard (!) dolarów. Trudno powiedzieć czy tak jest w istocie jednak historia ta wydaje się być całkiem prawdopodobna, w świetle systematycznie wprowadzanych przez chińskie wadze ograniczeń w liczbie Chińczyków, którzy mogą wjeżdżać do Macau. Od kilku lat obowiązuje limit jednej wizyty w miesiącu.

Kasyna generują na tyle pokaźne zyski, że miasto mogło wybudować dzięki nim duże międzynarodowe lotnisko (oczywiście po to by ułatwić dolot turystom z odległych rejonów Chin). Pieniędzy jest na tyle dużo, że to czego nie udaje się na bieżąco zainwestować jest wypłacane w formie corocznej „dywidendy” wszystkim mieszkańcom miasta (ale nie imigrantom). Przewodnik, którego o to zapytałem twierdził, że jest to kwota około tysiąca dolarów rocznie „na głowę”.

Niemal co roku w Macau powstaje kolejne kasyno i nic nie wskazuje na to, aby ten stan rzeczy miał się wkrótce zmienić. Istnie jednak ryzyko, że „targany za wąsy” chiński tygrys nałoży  w końcu na Macau hazardowe embargo dlatego też miasto inwestuje w rozwój nowych technologii (elektronika) oraz w turystykę. Mam to sens bo budowane od XVI w. miasto ma sporo wartych obejrzenia zabytków, że o kuchni, będącej mieszanką portugalsko-chińskiego dziedzictwa, nie wspomnę.

Po-portugalska starówka jest niewielka i zamknięta dla ruchu kołowego. Jej zwiedzanie zaczyna się od słynnej, pocztówkowej, fasady zniszczonej katedry Św. Pawła. Trafiają tu chyba wszyscy turyści skutkiem czego jest tu zawsze tłok i raczej nie ma szans na nastrojowe zdjęcia. Tak czy inaczej - punkt obowiązkowy na trasie, symbol miasta - który faktycznie wygląda ciekawie bo  z kościoła, niegdyś największego chrześcijańskiego budynku sakralnego w Azji, pozostała już tylko fasada, przypominająca teatralną dekorację. Tuż obok ruin kościoła znajduje się forteca, zbudowano w latach 1617-1626.  

Po obowiązkowym zdjęciu katedry schodzi się w dół stromymi, brukowanymi uliczkami wzdłuż których stoją zbudowane w europejskim stylu kamieniczki oraz niewielkie sklepiki. Po drodze spotyka się licznych sprzedawców, którzy stojąc przed swoim sklepami oferują próbki wyrobów kulinarnych (suszona wołowina „jerky” oraz słodkie ciasteczka migdałowe).

Na głównym placu (Largo do Senado), wyłożonym charakterystyczną portugalską czarno białą-kostką i otoczonym budynkami w pastelowych kolorach, króluje wielka fontanna. Przy placu znajdują się budynki Leal Senado, Poczty Centralnej, Santa Casa de Misericordia i Kościół Św. Dominika z biało- żółtą fasadą i zielonymi okiennicami. Obok nich kłębią się setki turystów obchodzących knajpki i sklepy. Wystarczy jednak skręcić w okoliczne zaułki, by wyjść poza strefę sklepową i poczuć powiew historii.

Kamieniczki zdobią tu zarówno charakterystyczne portugalskie kafelki (niebieskie azulejos) jak i elementy architektury azjatyckiej. Wąskie uliczki, sklepiki z chińskimi lampionami, ubraniami,  medycyną, towarami kolonialnymi itd. Niektóre budynki są świetnie utrzymane, inne z kolei odrapane. Czasem pojawia się w architektoniczny zgrzyt w postaci niewielkiej świątyni zbudowanej w chińskim stylu.

Wąskie uliczki wznoszą się i opadają, jako że miasto zbudowano na niewielkich wzniesieniach. Może się tu  pogubić, nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie. Wszędzie widać  przenikanie się tradycji europejskich i azjatyckich chociaż sądząc po twarzach tutejszych mieszkańców, większość z nich Europy nigdy nie widziała. W Macau ciągle czuje się post-kolonialny klimat, którego nie zniszczyły jeszcze (?) chińskie wpływy.

Pisząc o chińskich wpływach w Macau nie można pominąć świątyni  A-Ma, która jest najważniejszym miejsce kultu dla lokalnej chińskiej społeczności (od 2005 r. na liście światowego dziedzictwa UNESCO). Świątynia została zbudowana w 1488 r. i poświęcona bogini rybaków i żeglarzy – Mazu. Zgodnie z legendą ocaliła ona podczas sztormu rybaków, którzy chcąc okazać jej wdzięczność wznieśli świątynię na nadmorskiej skale. Jest to w zasadzie kilka niewielkich świątynek połączonych stromymi schodami wykutymi w skale. Świątynia jest klimatyczna, bez masy tłoczących się turystów, pachnie kadzidłem i kwiatami.  

Panuje pogląd, że europejska nazwa Makau to przekręcone przez portugalskich żeglarzy imię  patronki świątyni A-Ma czyli bogini Mazu. Nazwa ta początkowo stosowana była dla identyfikacji geograficznej półwyspu, a potem dla zbudowanego na nim miasta.

Jeśli ktoś zmęczy się krążeniem po miejskich uliczkach może bez problemu znaleźć miejsce gdzie napije się kawy oraz zje szybki obiad. No chyba, że będzie wolał posilić się w drodze kupując coś z typowych dla tego miejsca specjałów. Opcji jest kilka. Po pierwsze można kupić suszone i przyprawione na wiele różnych sposobów mięso (pork jerky, beef jerky). To taki odpowiednik lokalnej „suchej kiełbasy”, który można ssać i żuć. Jerky przygotowuje się  z różnymi przyprawami w wielu różnych smakach; na ostro, ale i na słodko. Innym lokalnym daniem jest pork chop bun, czyli po prostu bułka z kotletem schabowym. Potrawa idealna w wersji „na drogę i na wynos”. Jeśli ktoś woli przy posiłku posiedzieć to polecam lokalne owoce morza (ryż & krewetki po portugalsku, niewielkie chrupiące naleśniczki albo grillowana wołowina)

Miłośnicy słodyczy muszą bezwzględnie skosztować kruchych ciasteczek migdałowych (almond cookies), które mają też wersje nie-migdałowe. Są warianty z wieprzowiną, a nawet przegrzebkami (małżami). Inną lokalną słodkością jest odziedziczony po Portugalczykach deser noszący nazwę serradura (dla zainteresowanych przepis poniżej).

Sprzedawcy pozwalają przed dokonaniem zakupu spróbować różnych typów przekąsek, tych mięsnych i tych słodkich, co gorąco polecam. Byle nie przesadzić i skosztować każdego z „nastu” rodzajów nie dokonując żadnego zakupu.

Makao, kakao i coś słodkiego.
Serradura to portugalskie słowo, które tłumaczy się jako „trociny lub wióry”. Nazwa deseru nawiązuje do jednego z jego dwóch podstawowych składników czyli drobno pokruszonych herbatników, którymi przekłada się masę kremową.
Bazą dla wykonania Serradury jest tłusta śmietana, słodkie mleczko skondensowane oraz ciasteczka Marii (klasyczne herbatniki mogą je bez problemu zastąpić).

Składniki:
- 200 ml śmietany 36%
- 120 ml słodzonego mleczka skondensowanego
- 120 g herbatników

Przepis jest bardzo prosty. Najpierw należy ubić śmietanę na sztywno, dolewając do niej stopniowo skondensowane mleko (miksujemy do połączenia składników). Podobno w celu utrwalenie kremu można dodać do niego również nieco żelatyny.
W kolejnym kroku trzeba drobno pokruszyć herbatniki (na wolnych obrotach w mikserze lub po prostu w plastikowym woreczku). Wióry można albo wymieszać z kremem, albo oba elementy układać warstwami jak w tiramisu (wersja klasyczna).  
Deser najlepiej podawać w szklanych pucharkach uprzednio go jednak schładzając. Serradura najsmaczniejsza jest podobno na drugi dzień po zrobieniu, ale jeść można już po godzinnym leżakowaniu w lodówce.
Jako, że osobiści za słodkościami nie przepadam proponuję gorzkie kakao do kompletu.

Przeczytaj również:
 
Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem (*)

Brak komentarzy
(C) Jacek Zabielski kontakt@globtrotuar.pl
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego