Jezioro Inle - Globtrotuar

Przejdź do treści

Menu główne:

Jezioro Inle

PODRÓŻE > AZJA > BIRMA
Birma, a w zasadzie Myanmar, jest odwiedzana przez stosunkowo niewielu turystów, szczególnie gdy za punkt odniesienia przyjmie się niezwykle popularną Tajlandię. Przez długie dziesięciolecie powodem tego stanu rzeczy była izolacja, wynikająca z polityki rządzącej krajem junty wojskowej, która dopuszczała się zbrodni na własnych obywatelach, szczególnie należących do mniejszości narodowych.

Na szczęście dla Birmańczyków na początku XXI w. w Birmie doszło do przełomu politycznego na miarę tego jaki miał miejsce w Polsce w 1989 r. Wojsko pozwoliło na zorganizowanie demokratycznych wyborów, które wygrała opozycja pod przywództwem Aung San Suu Kyi, opozycjonistki, laureatki Pokojowej Nagrody Nobla, o której czasem się mówi, że to birmański Lech Wałęsa (polecam film pt. „The Lady”  z 2011 r.). Co prawda wojsko przez cztery lata nie chciało przekazać władzy pani Aung San jednak ostatecznie zrobiło to w 2016 r. dzięki czemu Birma otworzyła się na świat. I dobrze bo jest to kraj o potencjale turystycznym, moim zdaniem, porównywalnym do Tajlandii i Kambodży, tle, że razem wziętych.

Najciekawszym obiektem turystycznym w Birmie jest ogromny kompleks świątyni i pagód z X–XIII w. wybudowanych na równinie Bagan (Pagan). Jest to najciekawszy kompleks świątynny w całej Azji, który swoimi rozmiarami oraz liczbą obiektów przewyższa nawet kambodżański kompleks Angkor.
Jezioro Inle
Nie mniej interesującą, choć zupełnie innego rodzaju atrakcją, jest jezioro Inle, które znajduje się w prowincji Szan (Szanowie to jedna z birmańskich mniejszości narodowych). Jest to zbiornik słodkowodny, długi na 30 i szeroki na 15 kilometrów, o średniej głębokości zaledwie trzech metrów. Na jego brzegach oraz powierzchni, w domach na palach, w dwudziestu wioskach żyje około 70 tysięcy mieszkańców pochodzących z ludu Intha.
Zgodnie z lokalną legendą pierwszych dwóch przedstawicieli tego ludu przybyło nad jezioro z południowej Birmy w  XIV w.  Władca Szanów, zadowolony z ich pracy, poprosił, aby sprowadzili swoich krewnych. Tak też się stało i nad jezioro przybyło kilkadziesiąt osób, które dały początek lokalnej wspólnocie ludu Intha.
Jeden z ogrodów ludu  Intha.
Przybysze zbudowali wioski na płytkich, przybrzeżnych wodach oraz na niewielkich wysepkach, a potem przystąpili do budowania … pływających ogrodów. Stworzyli je z kęp lilii wodnych (beda), uformowanych w długie grządki, nawiezione mułem i wodorostami (kyun myaw), kotwicząc je do dna bambusowymi tyczkami. Tak stworzone ogrody pozwalając na uprawę warzyw w warunkach zbliżonych do upraw hydroponicznych. Co ciekawe nie jest to bynajmniej turystyczna manufaktura – z upraw na kyun myaw podobno pochodzi ok. 60 procent wszystkich birmańskich pomidorów. Na pływających grządkach oprócz pomidorów uprawia się również paprykę, ogórki, bataty, a nawet kwiaty.  
Pływające wyspy-ogrody (kyun myaw).
Pływających wysepek-grządek są setki, jeśli nie tysiące. Jako, że wymagają one codziennej obsługi (sprawdzanie „kotwic”, zbiór owoców, nawożenie) w wąskich kanałach pomiędzy nimi ciągle widać  małe łódki z pływającymi ogrodnikami. Z kolei przybrzeżne, podmokłe tereny wykorzystywane są pod uprawę ryżu.

Choć sama koncepcja pływających wysp/ogrodów nie jest unikalna (są przecież wyspy Uros w Peru i ogrody Xochimilco w Meksyku) jednak poza Birmą miejsca takie są dziś w zasadzie wyłącznie atrakcją turystyczną działającą od 8.00 do 17.00. Nad Inle pływające ogrody to cześć żywej kultury rolniczej.

Na jeziorze uprawie się nie tylko warzywa, ale i lotos, uznawany przez buddystów za świętą roślinę. Z włókien łodyg uzyskuje się delikatną nić wykorzystywaną do tkania szat dla mnichów i oraz tkanin na których maluje się min. wizerunki Buddy. Ze względu na pracochłonność tkanina tego typu jest cenniejsza od jedwabiu, który jest zresztą również tkany w tym regionie na tradycyjnych, ręcznych krosnach (surowy jedwab przywożony jest z Chin).

Jezior obfituje również w liczne gatunki ryb, które stanowią cześć lokalnej diety. Tym co wyróżnia rybaków z ludu Intha jest nietypowy sposób połowu, którego dokonuje się przy pomocy ogromnych bambusowych żaków (koszy z rozpiętą siecią). Są one zrzucane w toń, nad rybę, którą jest zazwyczaj lokalna odmiana karpia.  Rybak dociska żak nogą do dna po czym naganiają zdobycz do sieci. Taka specyficzna technika połowu wymaga jednak by rybak miał wolne ręce, dlatego też rybacy wypracowali specjalna technikę wiosłowania … nogą zaplecioną na wiośle. Wiosłowanie w pozycji stojącej pozwala też na lepszą nawigację wśród kyun myaw.
Rybacy z ludu Intha stworzyli charakterystyczną technikę połowów przy pomocy „kosza” wiosłując przy tym … nogą.
Zarówno nietypowa technika wiosłowania jak i połów jest jedną z lokalnych atrakcji i oczywiście każdy turysta chce zrobić fotografię dokumentującą ten fenomen. Warto się pospieszyć by operację taką zobaczyć w naturze (mnie się udało ;-) bo podobno z roku na rok pojawia się coraz więcej rybaków, którzy operację połowu jedynie odgrywają. Tak czy inaczej, wieczorny połów tradycyjną metodą robi niesamowite wrażenie.

Świątynie, targi i rzemieślnicy
Kolejną atrakcją jeziora Inle są odbywające się tu tzw. targi na wodzie, największy z nich znajduje się na wyspie  Ywama, do której dopływa „rejsowa” łódź z miasteczka Nyaung Szwe.
Na targu można się zaopatrzyć się w lokalne pamiątki (tkaniny, naszyjniki, maski, biżuterię).
Targ na wodzie.
Wizyta w kuźni  
Lokalni mieszkańcy  przenieśli się z Ywamy do innych wiosek, gdzie handlują warzywami, kwiatami i karpiem. Wodny handel odbywa się codziennie w jednej z pięciu wiosek (Kaung Daing, Maing Thauk, Nam Pan, Indein i Thandaung). Warto wybrać się i na taki targ bo jest wtedy okazją by podejrzeć przedstawicieli kilku lokalnych ludów, którzy noszą charakterystyczne stroje np. turbany ludu Pa-O lub Padaung. Z kolei kobiety z obręczami na szyjach należą do ludu Padaung – to tzw. kobiety żyrafy lub smoczyce, które można też spotkać na północy Tajlandii dokąd Padaung uciekali przed prześladującą ich juntą.  
Życie toczy się na wybudowanych na wodzie … wioskach, warsztatach oraz świątyniach.
Warto również zajrzeć do kilku okolicznych wiosek zbudowanych „na wodzie”, a w zasadzie na palach wbitych w dno. Większość to niewielkie, bardzo proste drewniane budynki, zwykle składające się z dwóch izb. Woda jest tu placem zabaw dla dzieci, pralnią, spiżarnią oraz oczywiście drogą ku pływającemu ogrodowi, ku sąsiedniej wiosce lub ku miastu. Nie dziwi wiec fakt, że przy każdym domu  cumuje kilka łodzi.  Te wykorzystywane do prac przydomowych są zazwyczaj niewielkie, te które pełnia rolę transportowa są długie, wąskie i zazwyczaj wyposażone w silnik ze śruba na długim wale (tzw. long tail boat popularne w całej Azji Pd- Wschodniej).
Dom ludowy – miejsce spotkań, a na pierwszym planie long tail boat.
Każda wizyta w wiosce wiąże się z obowiązkowymi odwiedzinami u lokalnego rzemieślnika, którym najczęściej jest jubiler produkujący srebrną biżuterię. Można go podejrzeć przy pracy oraz oczywiście dokonać stosownego zakupu. Ceny w stosunku to wartości kruszcu nie są niskie (minimalna cena za kolczyki czy wisiorek to ok. 20 USD), ale pewnie uzasadnione nakładem pracy mistrza. Biżuteria misterna, a i wzornictwo oryginalne, wiec może warto zainwestować ;-).

Wśród odwiedzanych rzemieślników mogą też być kowal oraz fachowcy od  ceramiki, wyrobów emaliowanych, a nawet cygar. Najciekawszą opcją jest chyba warsztat w którym powstają tkaniny z nici lotosu, gdzie można zobaczyć wszystkie etaty produkcji

Osoby spragnione bardziej uduchowionych atrakcji powinny odwiedzić kilka ze zbudowanych na wodzie świątyń buddyjskich. Najczęściej odwiedzaną jest chyba pagoda  Phaung Daw Oo, w której znajduje się ołtarz z pięcioma posążkami przedstawień Buddy. Nawiedzający to miejsce wierni naklejają (tylko mężczyźni) na figurki złote płatki folii, skutkiem czego posążki utraciły swój oryginalny kształt  i dziś przypominają nieforemne bałwanki.
Pagoda Phaung Daw Oo oraz barka w której figurki Buddy wyruszają w „pielgrzymkę” po jeziorze.
Raz w roku, podczas październikowych świąt, posażki obwożone są w świętej barce po całym jeziorze. Wokół jeziora, gromadzą się wtedy tłumy z darami licząc na błogosławieństwo. Trwające dwadzieścia dni święto rozpoczynają i kończą zawody, podczas których pięćdziesięcioosobowe załogi rywalizują o tytuł najszybszej łodzi.
W 1962 r. podmuch wiatru przewrócił barkę i posążki wpadły do wody. Podobno wierni wyłowili tylko cztery, podczas gdy ten piaty zgubił się po czym cudownie odnalazł w świątyni Phaung Daw Oo. Od tego czasu jeden z posągów zawsze zostaje na straży świątyni.
Pagoda Phaung Daw Oo.
Klasztor Nga Phe Kyaung, zwany również „klasztorem skaczącego kota”.
Nie mniejszym zainteresowaniem cieszy się klasztor Nga Hpe, zwany również „klasztorem skaczącego kota”, gdyż jest w nim kilka kotów, które demonstrują turystom cyrkowy numer, który polega na skoku przez obręcz.  W drewnianej świątyni znajdują się także ciekawy posąg Buddy.
Klasztor Nga Phe Kyaung i posąg Buddy.
Warto również rozważyć wizytę w klasztorze Shwe Inn Dein, do którego można dostać się tylko kanałem, gdyż w pewnej odległości od brzegu jeziora. Podejsćie do klasztoru wiedzie przez lokalny targ, kończąc się na terenie zabudowanym dziesiątkami  mocno zniszczonych stup, gdzieniegdzie porośniętymi dżunglą. Klimat trochę jak z filmów Indiana Johnes & Co. Podążając w górę dociera się jednak do odrestaurowanej części kompleksu gdzie królują stupy pokryte zlotem, lub też pomalowane na śnieżnobiało.  Okolica jakby stworzona dla fotografów z National Geografic.   
Wizyta w Shwe Inn Dein nie znajduje się zwykle na trasie proponowanej przez przewodników więc wymaga dodatkowych negocjacji i opłaty, ale warto to zrobić. Przy wejściu do klasztoru stoją bileterzy, chyba samozwańczy, pobierający niewielką opłatę za wstęp.

Nyaungshwe
Opowieść o jeziorze Inle nie byłaby kompletna gdybym nie wspomniał o miasteczku Nyaungshwe, które stanowi bazę wypadowy do wyprawy na jezioro.  Jest tu przystań, gdzie wynajmuje się łódź ze sternikiem-przewodnikiem. Nie trzeba go specjalnie szukać – pojawią się sami ze stosowną ofertą. Zanim się go jednak wynajmie warto obejrzeć łódź, zweryfikować jego znajomości angielskiego oraz ustalić trasę by nie okazało się, że obejmuje ona tylko sklepo-warsztaty. Cena oczywiście jest negocjowana – w moim wypadku było to 10 tyś katów za osobę dziennie (w łódce płynęły 4 osoby).
Nyaungshwe  - przystań z taksówkami wodnymi.
Klasztor Shwe Yan Pyay.
Atrakcją  Nyaungshwe jest znajdujący się w niewielkiej odległości od miasta klasztor Shwe Yan Pyay. Wykonano go z drewna tekowego i posadowiono na grubych palach. Jego cechą charakterystyczną są nietypowe okna o owalnym kształcie. Klasztor wyróżnia się pięknie rzeźbionym i złoconym sufitem, mozaikami oraz lustrami.  Obok klasztoru znajduje się mała świątynia z setkami małych posągów Buddy.

Jeśli idzie o samo miasto to oprócz przystani można również odwiedzić lokalny targ. Nie jest to żadna szczególna atrakcja turystyczna, tylko lokalne targowisko na którym handluje się warzywami, rybami, mięsem. To taki lokalny odpowiednik naszego osiedlowego bazarku, tyle, że klimat i handlowcy, reprezentujący lokalne mniejszości, znacznie bardziej egzotyczne. No i turystów raczej w tym miejscu zbyt wielu nie będzie.

Jacek Zabielski 2019-03
KIEDY JECHAĆ
Optymalna pora na wizytę nad Inle to pora sucha, która trwa od listopada do lutego, kiedy prawie nie pada i temperatury są najniższe.

KOMUNIKACJA
Birma to jeden nielicznych krajów do których Polacy potrzebują wizy co zważywszy na fakt, że w naszym kraju nie ma birmańskiej ambasady może być wyzwaniem. Ja musiałem wysyłać paszport do ambasady w Berlinie, ale teraz jest lepiej bo jest możliwość wyrobienia eVizy, ale tylko dla turystów przekraczających granicę samolotem. Najtańsze loty do Birmy oferują Quatar Airways, z przesiadką w Doha.

Najtańszą opcją dotarcia nad Inle jest pociąg, który rusza z Yagon (Rangon) lub Mandalay. Pierwszy etap to  express do Thazi, a potem wolny-osobowy  do Shwenyaung. Podróż trwa ok. 8 godzin, za to podobno widoki są rewelacyjne. Na koniec trzeba jeszcze złapać taksówkę/tuk-tuka do oddalonego o ok. 10 km. Nyaungshwe.
Jeszcze mniej komfortowa jest wyprawa autobusem przez góry bo droga kiepska, a trasa taka, że w ramach biletu kupuje się od razu chorobę lokomocyjną.
Opcja najdroższa, ale to z niej skorzystałem, to samolot, który ląduje w  Heho, skąd można dojechać busikiem / taksówka / tuk-tukiem do  Nyaungshwe (40 km).  

Lotnisko w Heho – ATR w barwach Air Mandalay.
ZAKWATEROWANIE
Przed wyruszeniem na jezioro warto przynajmniej na jeden dzień zatrzymać się w Nyaungshwe, gdzie jest kilka hoteli czterogwiazdkowych w cenie ok. 250-300 zł za dwójkę/dziennie (najlepiej szukać przez booking.com, airbnb w Birmie w zasadzie nie funkcjonuje). Nyaungshwe nie zbudowano jednak bezpośrednio nad jeziorem; by do niego dopłynąć trzeba najpierw pokonać wąski, prawie sześciokilometrowy kanał (co każdorazowo wydłuża czas i koszt dotarcia na jezioro). Z tego powodu jeśli ktoś ma zamiar pływać po jeziorze przez kilka dni może rozważyć nocleg w jednym z pensjonatów zbudowanych bliżej środka jeziora (np.  bardzo ładny choć nie najtańszy Golden Island Cottages, Inle Hotel ;-).

Płatności raczej gotówką niż kartą, choć w większych hotelach karty są akceptowane. Sugerują zaopatrzenie się w lokalną walutę w Rangunie – można albo wymienić dolary, ale tylko nowych serii (!) lub skorzystać  z bankomatu, który wypłaci lokalną walutę. W takim przypadku najekonomiczniej korzystać z karty Revolut (tutaj czytaj więcej >). Ceny w hotelach i knajpach „dla turystów” są podobne do polskich (piwo ok. 4 zł, obiad – 15 zł). Ceny w lokalach, z których korzystają głównie Birmańczycy, mogą być sporo niższe..

Uwaga - podobno od niedawna  przebywanie w rejonie jeziora Inle wymaga wniesienia lokalnej opłaty w wysokości 10 USD za osobę. Ja takiej opłaty nie wnosiłem.     

AKTYWNY WYPOCZYNEK
Osoby zdecydowane spędzić nad jeziorem kilka dni mogą rozważyć wynajęcie w Nyaungshwe rowerów (kosz to ok. 2 tyś katów z dzień).  Droga z Nyaungshwe prowadzi po wschodniej stronie jeziora do wsi Maing Thauk, w okolicy jest klasztor i spora stupa; wycieczka na pół dnia. Alternatywą może być wyprawa do miasteczka  Kalew (ok. 35 km), skąd lokalne agencje turystyczne organizują trekking w okoliczne góry. Najpopularniejsze są wyprawy trzydniowe (trzy dni, dwa noclegi w lokalnych wioskach). Więcej nie powiem bo nie korzystałem, ale rozmawiałem z kimś kto skorzystał i chwalił.

ZAKUPY & PAMIĄTKI
Co kto lubi, jedni wybiorą srebrną biżuterię, inni lokalne cygara.
 
Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem (*)

Brak komentarzy
(C) Jacek Zabielski kontakt@globtrotuar.pl
Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego